czwartek, 30 stycznia 2014

Cała wioska mnie obgada




Tak będzie. :) A to wszystko dzięki mojej Sis. Wkręciła się w rolę ciotki (♥) i zrobiła zakupy dla młodego. O ile napis na koszulce wyznający, że noszący jest niewinny dopóki się mu nie udowodni winy na  małym dziecku jest uroczy, trupie czaszki też uchodzą chyba za normę, to napis na jednej może odbić się szerokim echem na tradycyjnej wsi w Yorkshire. ;)


--
Pozdrawiam i do następnego razu! :)

Karolina

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Olejki. Moja pielęgnacja twarzy.


W poprzednim wpisie (o TUTAJ) poświęconym ukochanym przeze mnie olejkom przedstawiłam Wam mój sposób oczyszczania twarzy. Dziś pokażę Wam kilka olejków, które stosuję na skórę twarzy, głównie na noc. Od niemal roku nie używam w ogóle kremów na noc, tylko w dni, w które nie używam toników z kwasami nakładam albo sam olejek (szczególnie jeśli wiem, że następnego dnia będę myła włosy i jeśli się niechcący gdzieś potłuszczą, to nie będzie tragedii), albo olejek wymieszany z żelem hialuronowym - ma wtedy lżejszą konsystencję i szybko się wchłania (o żelu pisałam w TYM wpisie).

Jeśli siedzę cały dzień w domu, to po porannym przetarciu tonikiem też nakładam czysty olejek na całą twarz. Niektóre wchłaniają się szybko, inne zostawiają tłusty film na dłużej - ale jeśli nie wychodzę, czy nie nakładam makijażu, to absolutnie mi to nie przeszkadza - taka całodniowa kuracja nawet raz w tygodniu jest wspaniała dla skóry.

Pamiętajcie, aby olejki, które chcecie używać do pielęgnacji twarzy i ciała były naturalne, tłoczone na zimno, nierafinowane. Optymalnie organiczne, ale nie wszystkie olejki, które ja mam posiadają certyfikaty, a działają świetnie. Poza tym organiczne są zawsze droższe. Warto też zwrócić uwagę, czy oleje są w ciemnych opakowaniach - wolniej tracą właściwości niż te pakowane w butelki/pojemniki z białego szkła/plastiku. 




Olej Monoi Frangipani, ekologiczny 
Cena ok. 22 złotych za 50ml 

Olejek z Biochemii Urody (o której pisałam TUTAJ), o stałej konsystencji, ale szybko zmieniający się w płynny - wystarczy odrobinę potrzymać w ciepłej dłoni. W bazie z zimnotłoczonego oleju kokosowego znajduje się naturalny aromat kwiatów frangipani oraz ekstrakt z macerowanych kwiatów gardenii. Olej monoi łączy w sobie właściwości pielęgnacyjne i piękny zapach. Latem można go używać zamiast perfum (wmasować w miejsca, gdzie puls jest wyczuwalny - skronie, za uszami, w przegubach rąk na nadgarstkach). Ma właściwości nawilżające, wygładzające. Używam samego lub wymieszanego z żelem hialuronowym. Jest bardzo wydajny.


Olejek z orzechów makadamia 
Cena ok. 30 złotych za 50ml

Kolejny olejek, który ma świetne właściwości  nawilżające, używam raczej z żelem hialuronowym, bo sam olejek jest dość gęsty i ciężki. Jest to popularny olejek często stosowany na ciało, gdyż mocno ujędrnia skórę, przeciwdziała rozstępom i pomaga w walce z cellulitem, ale ja mam małą butelkę i używam tylko do twarzy. Głównie z powodu zapachu, choć jego właściwości pielęgnacyjne dla skóry są świetne. Zapach jest bardzo specyficzny, jakby lekko prażonych orzechów. Nie dla wszystkich, bo do neutralnych nie należy.

Swoje właściwości zawdzięcza wysokiej zawartości kwasu Omega 7, który występuje naturalnie w ludzkiej skórze i jest bardzo skutecznym przeciwutleniaczem, ważnym dla młodego wyglądu, kondycji i zdrowia skóry - wspomaga regenerację komórek, ale z wiekiem produkcja tego kwasu maleje, stąd dobrze do dostarczać z zewnątrz. 


Olej kokosowy 
Cena ok. 15 funtów za 800g

Kupuję wielkie opakowanie, gdyż olej ten jest najbardziej uniwersalnym w moim domu - nadaje się do azjatyckich potraw, a jego zastosowanie w kosmetyce jest bardzo wszechstronne.

Do twarzy używam oleju kokosowego bez mieszania go z żelem hialuronowym, gdyż jest to olej dość lekki i szybko się wchłania na mojej twarzy. Dzięki zawartości naturalnych antyutleniaczy i witaminy E zmiękcza i nawilża cerę, i choć brzmi to dziwnie, ale olej kokosowy chroni także przed słońcem, bo zawiera naturalny filtr SPF (niewysoki, ale jednak ma). 

W temperaturze, którą mam w domu przez większość roku ten olej jest w postaci stałej, ale bardzo szybko się rozpuszcza w ciepłych dłoniach i wdzięcznie się z nim współpracuje. Pachnie delikatnie, naturalnie, nie jak kosmetyki aromatyzowane i udające kokos - dla mnie to duży plus, bo nie lubię syntetycznego zapachu kokosowego. 

Podobno ma świetne właściwości lecznicze w problemach skórnych (jak egzema czy trądzik), ale ja na szczęście nie musiałam się o tym przekonywać - używam wyłącznie jako nawilżacza do skóry. 

Niedawno pokazywałam Wam, jak wykonać naturalny peeling z wykorzystaniem tego oleju (o TUTAJ). 

To są trzy najczęściej używane przeze mnie oleje do pielęgnacji twarzy po jej oczyszczeniu.

Jestem ciekawa, jakie są Wasze ulubione olejki do twarzy. :) Czy zauważyliście poprawę stanu cery, odkąd ich używacie? Napiszcie mi o tym w komentarzach proszę. :)

--
Pozdrawiam i do następnego razu! :)

Karolina

piątek, 24 stycznia 2014

Ciuchy w ciąży. Tydzień 31-32.






Sukienkę z Asos Wam pokazywałam w TYM wpisie, ale tym razem chciałam pokazać, że z innymi dodatkami nadaje się też na imprezę. No, przynajmniej ja tak uważam, a i prawdą jest że zebrałam ogrom komplementów (obok pytań, czy daję radę w szpilkach :P). 

Tym razem zestawiłam ją z czarnym topem, czarnymi rajstopami i szpilkami a'la tweed oraz bardziej błyszczącą biżuterią i pomalowanym na burgund paznokciami. ;)



Tydzień 32 i moje rurki ciążowe Next z topem BiuBiu, który jest pierwszym i typowym topem ciążowym w moim zestawie. Nadaje się także dla mam karmiących piersią, gdyż ma łatwy dostęp do biustu. Kolekcja macierzyńska BiuBiu jest relatywnie nowa, mój top to Benvenuto (99 złotych) - kopertowy, uszyty z dość treściwej bawełny, lekko elastyczny, bardzo wygodny. No i jak ja kocham kolor czerwony. ♥ 

--

Pozdrawiam i do następnego razu!

Karolina


czwartek, 23 stycznia 2014

Najlepszy prezent wszechświata


Obraz z kalejdoskopu, zrodlo: http://pl.wikipedia.org/wiki/Kalejdoskop


Dostaliśmy od mojej Sis. Dla mnie, abym powspominała dzieciństwo (to była jedna z naszych ulubionych zabawek), dla naszego młodego, aby w przyszłości miał też takie wspomnienia, a niekoniecznie tylko gry komputerowe. :( 



Kalejdoskop. ♥ 

Mieliście? Macie? :)

--

Pozdrawiam i do następnego razu! :)

Karolina

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Olejki. Moja pielęgnacja skóry twarzy. Oczyszczanie.

Od długiego czasu jestem fanką olejków (chyba od czasu jak dostałam buteleczkę prawdziwego oleju arganowego od Mami, gdy wróciła z Maroko, a było to kilkanaście lat temu), ale od około roku zmieniłam moja pielęgnację twarzy (oraz ciała i włosów, ale o tym innym razem) tak, aby olejki miały w niej stały, w zasadzie codzienny udział.

Mam cerę mieszaną z tendencjami do lekkiego tłuszczenia i wyprysków w strefie T, a od kiedy używam dobrze dobranych olejków zauważyłam, że jej stan się mocno poprawił. Być może to też zasługa kwasów, które wprowadziłam do pielęgnacji, ale zmierzam do tego, że olejki też mogą być stosowane w pielęgnacji cery tłustej, czy trądzikowej, ale muszą być dobrze dobrane. 

Olejków na rynku jest cała masa i jeśli będziecie chcieli wprowadzić je do pielęgnacji, to musicie zrobić rozeznanie, jakie typy są najlepsze dla danego rodzaju cery.  Ja napiszę o moich ulubionych produktach do pielęgnacji i w jaki sposób je stosuje. Dziś na temat samego oczyszczania twarzy, za parę dni o kolejnych krokach pielęgnacyjnych.

Na co na pewno zwróćcie uwagę przy zakupie olejków, ich mieszanek, czy oliwek, to czy mają w miarę naturalny skład i nie zawierają parafiny (kryjącej się pod rożnymi nazwami np. olej mineralny), ta ostatnia ma tendencje zapychające, no i nie każdy chciałby kłaść na twarz substancję będąca pochodną ropy naftowej. Zapewniam, że dobrze dobrany naturalny olejek zapewni świetny poziom nawilżenia i odżywienia skóry i tego typu składnik-bariera jak parafina nie będzie potrzebny.



Olej ze słodkich migdałów (Prunus amygdalus dulcis)
Cena ok. 5-6 funtów za 250ml

Nierafinowany, tłoczony na zimno. Jest bardzo dobrym emolientem, tj. nawilża i wygładza skórę. Ma bardzo wysokie zdolności nawilżania skóry, jeśli jest stosowany systematycznie. Jest to olej bazowy, do którego można dodawać inne oleje w mniejszej ilości, aby uzyskać efekt terapeutyczny. Idealny jest do masażu, dość szybko się wchłania, jest olejem dość lekkim. Olej ze słodkich migdałów zawiera kwas oleinowy, linolowy oraz witaminy:  A, B1, B2, B6, D i E.

W mojej pielęgnacji twarzy używam tego oleju do olejowej metody oczyszczania twarzy (Oil Cleansing Method - OCM - poszukajcie w Google o tej metodzie, działa cuda; poniżej przeczytacie o mojej uproszczonej metodzie). Jest to olej bazowy, stosuje go w ilości ok. 85% całego składu mieszanki. Inne oleje, których używam do OCM to:

Olej rycynowy (Oleum Ricini)
Cena ok. 8 złotych za 100g, ja kupuje w UK za ok. 2-3 funty za 100ml

Dzięki właściwościom przeciwzapalnym, antybakteryjnym i przeciwgrzybicznym jest bardzo dobry do pielęgnacji skory twarzy. Do mojej cery stosuje ok. 10-15% składu mieszanki olejowej do OCM - większa jego ilość może w moim przypadku wysuszyć skórę, ale tu znowu wszystko zależy od indywidualnych właściwości cery. Im bardziej tłusta skóra, tym lepiej zniesie większe ilości oleju rycynowego (max. 30% mieszanki). Uwaga: nie należy stosować samego oleju rycynowego, bo może bardzo wysuszyć skórę.

Olejek lawendowy 
Cena ok. 6 funtów za 30ml

To kolejny, który dodaje do mieszanki olejów do oczyszczania twarzy. Zawsze przygotowuje mieszankę w butelce z dozownikiem o pojemności 50ml i jak wymieszam bazowy z migdałów z olejem rycynowym, to na koniec dokładam ok. 10 kropel lawendowego. Po co? Bo ma właściwości antybakteryjne, łagodzi zmiany i stany zapalne, wygładza, wyrównuje koloryt skory. Jest świetnym środkiem uspokajającym, przyspiesza zasypianie, więc stosuje go w ramach rytuału wieczornego. Wmasowany w skronie, uśmierza ból głowy. Nie wiem, czy to przypadek, ale od kiedy stosuje olejek lawendowy co wieczór, to znacznie rzadziej cierpię na bóle głowy. Poza tym uwielbiam jego zapach.

To sa moje trzy podstawowe olejki stosowane do oczyszczania twarzy. A teraz pokrótce jak ja oczyszczam, bo uprościłam nieco metodę OCM. 

Moja uproszczona metoda olejowego oczyszczania twarzy 

Pod prysznicem mam butelkę (z pompką) z gotową mieszanką olejków. Zabieram pod prysznic zwykły, mały bawełniany ręczniczek do twarzy (kwadratowy, ok. 25x25cm). Na dłoń nabieram nieco olejku, rozmasowuję go miedzy dłońmi, a następnie zaczynam masować całą twarz, początkowo omijając oczy. Wykonuję delikatne ruchy masujące na policzkach, czole, nosie, a potem przechodzę do oczu - zamykam je i delikatnie masuje palcami i olejkiem, pocierając także rzęsy. Oczy mnie nie szczypią, nic się nie dzieje. Następnie moczę ręcznik w ciepłej wodzie, wykręcam i przykładam do twarzy, lekko dociskając dłońmi. Delikatnie ściągam olejek ręcznikiem, poprawiam wycierając nim okolice oczu. Czynność powtarzam, tym razem z mniejszą ilością olejku, bo większość makijażu już się rozpuściła i zeszła, następnie moczę ręcznik w ciepłej wodzie, wykręcam i drugą, czystą stroną powtarzam wycieranie twarzy. I tyle. Skóra jest oczyszczona, naturalna jej bariera zostaje, podczas gdy za pomocą tłuszczy (olejów) zostało rozpuszczone zalegające sebum i kosmetyki. Jeśli zależy mi na dogłębnym oczyszczeniu, to stosuję metodę OCM z parówką lub gorącym ręcznikiem i kończę zawsze zimnym okładem, ale zauważyłam, że metoda uproszczona sprawdza się w moim przypadku równie dobrze. 

Ręczniczek po użyciu myję w Białym Jeleniu (mydle) i suszę, używam następnego dnia. Po drugim użyciu daję do prania. Mam ok. 6 ręczniczków i spokojnie starcza mi to, nawet biorąc pod uwagę, że jest nas w domu dwójka i trochę czasu upływa, zanim uzbiera się pełen bęben prania. Możecie  używać ściereczek muślinowych, jeśli takie macie. 

Metodę Wam gorąco polecam i nawet jeśli zaczniecie, a pojawią się jakieś zmiany, to nie zrażajcie się - być może to zalegające zaskórniki się oczyszczają, być może mieszanka olejów nie jest dla Was odpowiednia - mi zajęło ok. 3 podejść i rożnych mieszanek, aby dobrać idealną, stąd na próbę robiłam małe ilości. Od tamtego momentu nie patrzę za siebie, a metodę OCM stosuję od ok. roku. Od kiedy ja stosuje dostaje regularne komplementy na temat wyglądu mojej cery, od maja ubiegłego roku nie używam już  w ogóle podkładu, tylko lekkiego kremu BB. 

Jestem ciekawa, czy znacie i stosujecie tę metodę i czy również jesteście jej fanami? A może Wam kompletnie nie odpowiada? Bardzo chętnie poczytam Wasze komentarze. 

--
Pozdrawiam i do następnego razu! :)

Karolina

 

niedziela, 19 stycznia 2014

Domowy, tani, naturalny peeling do ust i dłoni


Pierwsza domowa papka na blogu! ;)

Ja go używam do ust i dłoni, bo do twarzy nie lubię mechanicznych peelingów, a do ciała robię jeszcze inny, który pokażę przy okazji. Usta są po nim niesamowicie odświeżone i gładkie - cukier złuszcza martwy naskórek, a olej kokosowy nawilża je. W dodatku peeling jest naturalny i smaczny, więc można go zlizać z ust. Używam go 1-2 razy w tygodniu, zwykle wieczorem, po zmyciu nakładam tłusty kosmetyk pielęgnacyjny i nie mam problemu z przesuszonymi ustami, nawet zimą. A to ważne, bo lubię moją czerwoną matową szminkę - maty wymagają idealnie wypielęgnowanych ust. 




Raz w tygodniu, gdy mam nieco więcej czasu wmasowuję go też w dłonie, spłukuję cukier, a tłustą warstwę zostawiam (nie zmywam żadnym detergentem) i na 30-40 minut zakładam zagrzane w mikrofalówce bawełniane rękawiczki - to świetna naturalna kuracja wygładzająca i odżywiająca dłonie. 

Do wykonania go potrzebujecie dwóch składników:


drobnego cukru - ok. 2 płaskie łyżki *
oleju kokosowego (naturalnego, tłoczonego na zimno, nierafinowanego) - ok. 2 kopiaste łyżeczki, gdy jest w stanie stałym, po rozpuszczeniu jest go ok. 4 łyżeczek **

Olej kokosowy w temperaturze poniżej 25 stopni przyjmuje konsystencję twardego smalcu. Stąd, aby dobrze wymieszać go z cukrem, należy go nieco ogrzać. W tym celu małą miseczkę z kawałkami stałego oleju włożyć do większej z ciepłą wodą i poczekać, aż się rozpuści. 

Następnie dodać cukier - 1 łyżkę i wymieszać - na tym etapie konsystencja powinna być jeszcze dość płynna. W tym momencie najlepiej dodać kolejne pół łyżki i wymieszać. W zależności od cukru, oleju i jego temperatury masa może zrobić się już dość zbita, ale powinna nadal plastyczna, więc nie dodawać więcej cukru. Jeśli jest nada dość płynna, to można dosypać więcej. 

Peeling przełożyć do pojemniczka. Ja przechowuję go w szafce w łazience, gdzie jest zimno, stąd on mocno twardnieje. Przed każdym użyciem wydłubuję nieco produktu i ogrzewam go w cieple dłoni, a dopiero potem rozmasowuję na ustach, czy dłoniach. Można też zanurzyć pojemnik z peelingiem w gorącej wodzie na chwilę, aby olej odtajał. Twardy olej kokosowy z cukrem, to nic przyjemnego, szczególnie na ustach, więc trzeba dać mu nieco temperatury, aby przyjął trochę  bardziej miękką, śliską formę i dobrze się rozsmarowywał na skórze. 

Peeling ten wymyśliłam czytając składy dość drogich peelingów do ust firmy Lush, które oprócz cukru i naturalnego oleju (chyba ze słodkich migdałów, ja wzięłam kokosowy dla zapachu) miały też barwniki i środki zapachowe. Ten jest niedrogi, naturalny, a efekty jego stosowania są świetne. Czego chcieć więcej? :) 



* użyłam cukru złocistego, stąd zółty kolor peelingu.
** nie musicie specjalnie kupować oleju kokosowego do tego peelingu, ja zawsze mam go w domu, bo ma milion zastosowań i użyłam ze względu na zapach. Inne oleje naturalne, jak arganowy, z orzechów macadamia, czy ze słodkich migdałów też powinny się sprawdzić (tyle, że może w innych proporcjach).
--
Pozdrawiam i do następnego razu! :)

Karolina

piątek, 10 stycznia 2014

Serial (jak narkotyk). Breaking Bad.

Uwaga! Ten wpis nie zawiera treści, które mogłyby Wam zepsuć oglądanie serialu. :)

***
http://www.breakingbadstore.com
Bohater serialu, pięćdziesięcioletni Walter White, nauczyciel chemii w szkole średniej dorabiający sobie w myjni samochodowej przeżył swoje dotychczasowe życie w strachu, obawiając się rzeczy, które wydarzyły się, mogły czy nie mogły się wydarzyć. Przez lata budził się w środku nocy i nie mógł zasnąć. Poznajemy go w przełomowym momencie jego życia - dzień po pięćdziesiątych urodzinach dowiaduje się, że ma nieoperacyjnego raka płuc i w najlepszym przypadku kilka miesięcy, a może nieco dłużej do przeżycia.

W wyniku tej diagnozy Walter doznaje przebudzenia. Zaczyna żyć. Śpi dobrze jak nigdy dotąd. Zdaje sobie sprawę, że prawdziwym jego wrogiem jest strach, więc postanawia mu skopać tyłek. Przechodzi na ciemną stronę mocy - w wyniku splotu kilku wydarzeń postanawia produkować niemal idealnie czystą formę metamfetaminy i sprzedając ją uzbierać środki finansowe, które zabezpieczyłyby jego rodzinę, gdy jego już nie będzie - ciężarną żonę, nienarodzoną córkę i nastoletniego syna, który cierpi na porażenie mózgowe. Od tego momentu życie Waltera i ludzi, którzy zwiążą z nim swoje losy - świadomie i dobrowolnie, czy też zupełnie przypadkiem będzie niczym chemia - akcje będą wywoływać reakcje, podjęte decyzje, wydarzenia będą pociągać za sobą konsekwencje. Chemia, jak przekazuje Walt swoim uczniom - to nauka o zmianie. Zmianie ciągłej, stałej, cyklicznej.  O wzroście i wreszcie o umieraniu i gniciu. Taka jest dokładnie historia tego bohatera, a jej psychologiczny aspekt jest clue tego fantastycznego widowiska telewizyjnego. 

Transformacja głównego bohatera to w mojej opinii najlepsza część serialu. Poznajemy geniusza, szaleńca, manipulatora, wrażliwca, cynika w jednej osobie, który robi różne złe rzeczy dla dobrego celu (a może dla siebie?). Jego decyzje będą miały wpływ na życie, które mu pozostało i jego jakość. Dzięki tej postaci dostajemy niezwykły dramat psychologiczny, który jest prawdziwą ucztą dla oglądającego, ale czasem bywa bolesny. W serialu jest dużo akcji sensacyjnej, często brutalnej, ale mam wrażenie, że ona nigdy nie jest esencją żadnego odcinka, stąd byłabym ostrożna z określaniem tego serialu jako sensacyjnego. Jej zwroty są jednak częste i zaskakujące i na pewno trzyma ona w napięciu. 

http://www.businessinsider.com
Aktorsko jest to serial na najwyższym poziomie. Nie ma tu źle zagranych ról, pierwszo czy drugoplanowych, a odtwórca głównej roli sprawia wrażenie, że po prostu na 5 lat realizacji wszystkich serii widowiska stał się Walterem. Czapki z głów, proszę państwa! List dziękczynny do Briana Cranstona (Walter White) z pochwałą dla niego i całej ekipy wystosował nawet sam Sir Anthony Hopkins, który 62 odcinki serialu obejrzał w 2 tygodnie. :) Co ciekawe mogłoby się wydawać, że tak dobrze zagrana i ciekawa postać jak Walt może zdominować pozostałych bohaterów - nic bardziej mylnego. Oprócz niego pojawia się wiele ciekawych osób, moimi osobistymi ulubieńcami są na pewno Jesse, Mike, Saul, Gustavo, czy Hector (genialny Mark Margolis!) .

O samej realizacji też mogę napisać tylko w samych superlatywach. Akcja serialu toczy się w Nowym Meksyku i często malownicze kadry przypominają klimatem western, zresztą część scen jest nakręcona w stylu typowym dla tego gatunku. Ujęcia są często dość nietypowe dla serialu (jako gatunku), takoż szybki montaż, czy kamera z ręki (kojarzą mi się z teledyskami). Światło, zdjęcia poklatkowe tylko dodają poetyki temu obrazowi. Sceny są długie, naturalne, dialogi inteligentne, często z humorem (bywa, że czarnym), to wszystko powoduje, że serial wydaje się bardzo realistyczny, mimo, że przedstawione w nim sytuacje nie są codzienne dla większości widzów. Co za tym idzie - można się bardzo mocno w niego zaangażować. Mogę z ręką na sercu powiedzieć, że to pierwszy serial, w który tak mocno i emocjonalnie wpadłam.

Muzyka to kolejny mocny punkt - niewątpliwie świetna, nieprzewidywalna, utwory dopasowane do kontekstu. Czołówka - krótka, szybka, charakterystyczna. Kto z Was nieraz myślał, aby przewinąć czołówkę serialu? Tu tak nie będzie. 



Próbuję się doszukać słabych stron serialu, ale jakoś nie potrafię. Ktoś mu zarzucił, że jest przegadany - ja nie nudziłam się ani przez moment podczas scen z długimi dialogami, bo one są po prostu dobrze napisane. Kto chce mniej gadaniny, niech włączy sobie "Transformers". ;)

Dla mnie jest to serial łamiący schematy tego gatunku. Często mówi się, że serial jest tak dobry jak film, a ja myślę, że teraz będzie można spokojnie powiedzieć o jakimś filmie, że jest tak dobry jak serial "Breaking Bad".

Pierwszy raz od czasów nastoletnich kupiłam sobie fanowski T-shirt (który pokazywałam w tym wpisie) - to chyba o czymś świadczy? :D 

Dajcie proszę znać, czy znacie ten serial i co o nim sądzicie. :)

--
Pozdrawiam i do następnego razu!

Karolina

środa, 8 stycznia 2014

Ciuchy w ciąży. Tydzień 30.


Dzisiaj dwie sukienki. I obie po prostu uwielbiam. 


Pierwsza to ASOS z linii ciążowej, cena to £40, moja jedyna sukienka ciążowa i nie planuję kupować więcej. Jest absolutnie fantastyczna. Uszyta z miękkiej 100% bawełny typu jersey, niezwykle wygodna (odcięcie pod biustem, to dość luźna gumka, poddaje się lekko kiedy nosząca zmienia swój rozmiar). Dziś pokazuję wydanie dziennie, ale z innymi dodatkami dała radę na odświętne wyjście do knajpy - to mam nadzieję pokażę za tydzień. Pod spodem mam top termiczny, rajty mojej ulubionej polskiej firmy Marylin (Karolino, dziękuję! :*), buty moje ukochane kowbojki Red or Dead. 



Druga kiecka jest z kolekcji BiuBiu (o firmie pisałam tutaj), nazywa się Frontera i kosztuje 149 złotych. Uwaga - to nie jest sukienka ciążowa, ale jeszcze do niech wchodzę. :) Jest uszyta z miękkiej, grubej bawełny, niezwykle miękka, elastyczna, ciepła i wygodna. W drugi dzień świąt przebiegałam w niej cały dzień na wyprzedażach kompletując wyprawkę dla młodego w dużych centrach handlowych - ani przez moment nie było mi w niej niewygodnie, a kto miał duży brzuch, ten wie, jak czasem ciężko znaleźć coś, co nie będzie uciskało tu, czy tam. W samochodzie, przy robieniu kilometrów na nogach w centrach handlowych, w knajpie - wszędzie było mi wygodnie i ciepło. Kocham tę sukienkę i rozważam kupno innego koloru. 

Na stopach baleriny Melissa zaprojektowane w kooperacji z Vivienne Westwood. ♥ 

--
Pozdrawiam i do następnego razu! :)

Karolina




poniedziałek, 6 stycznia 2014

Lush. Pasty do czyszczenia twarzy.



W poprzednim wpisie kosmetycznym możecie przeczytać moją opinię o firmie Lush, jej kosmetykach do kąpieli, a dziś skupię się na dwóch pastach do czyszczenia twarzy (i ciała, ale ja używam tylko do twarzy) i będzie dużo bardziej pozytywnie niż ostatnio, choć nadal pewne wątpliwości mam, ale o tym czytajcie niżej. 




O ile w przypadku kosmetyków do kąpieli ponarzekałam sobie na SLS-y, czy niemiły zapach, to w przypadku tych dwóch past skład, zapach i działanie mnie zachwyciły. Obu past używam na skórę oczyszczoną z makijażu, to nie są kosmetyki do demakijażu. Są to pasty świeże, czyli bez konserwantów, ich trwałość to ok. 3 miesięcy.

Let the Good Times Roll
£6.35 za 100g 

Pasta czyszcząca do twarzy, lekko peelingująca i nawet ja, która nie znosi mechanicznych peelingów do twarzy (od długiego czasu używam tylko enzymatycznych kosmetyków złuszczających) jestem zadowolona. Składnik złuszczający to polenta, która jest bardzo drobną kaszką, stąd jej działanie jest delikatne. 

Składniki (odpowiednio do ilości użytej w kosmetyku) to: skrobia kukurydziana, gliceryna, talk, woda, olej kukurydziany, polenta, sproszkowany cynamon, środek zapachowy, wyciąg z gardenii i... popcorn. Przyznaję, że obecność ostatniego jest dla mnie bezsensowna, dla kogoś innego to może być bajer.

Skóra po użyciu jest niezwykle gładka, nawilżona, pięknie pachnąca. ZAPACH! Dla mnie to jest powód, dla którego bym wracała do tej pasty - spalony cukier, jak skorupka z creme brulee. Otwieram słoiczek i mam ochotę wyjeść zawartość łyżką. 

Angels on Bare Skin
£6.35 za 100g

Kolejna pasta oczyszczająca, której podstawą są zmielone słodkie migdały. Następnie gliceryna, glinka, woda, olejek lawendowy, ekstrakt z róży damasceńskiej, olejek rumiankowy, olejek z aksamitki, żywica balsamiczna, kwiaty lawendy. 

Konsystencja jest stała, a mała ilość pasty wymieszana z wodą na dłoni zamienia się w emulsję oczyszczającą, którą należy wmasować w skórę. Ja masuję minutę, czy dwie, potem zostawiam jeszcze na twarzy przed spłukaniem na ok. minutę. Efekt to skóra miękka, nawilżona, lekko złuszczona, pachnąca. Lawenda ma działanie relaksujące, ale i antybakteryjne.

Mój absolutny faworyt, ale przyznać Wam muszę, że podobną pastę ukręciłam sama w domu i efekt był niemal ten sam, stąd moje wątpliwości, czy warto wydawać tyle pieniędzy. Postanowiłam, że policzę koszt pasty wykonanej w domu i dam Wam znać wkrótce. Na pewno pasta Lush mimo swojej dość wysokiej ceny jest wydajna.

Myślę, że jeśli tylko będę w okolicach sklepów stacjonarnych, to skuszę się jeszcze na obie pasty, gdybym miała płacić dodatkowo za wysyłkę, to pewnie bym ich nie kupiła (jak wspomniałam w poprzednim wpisie Lush nie oferuje dobrych cen za wysyłkę). 

Podsumowując - bardzo dobry skład, rewelacyjny zapach i świetne działanie na mojej skórze. Nie dziwi mnie, że to są jedne z ich najbardziej popularnych produktów. 


Chętnie poczytam, czy znacie i lubicie, jakąś z tych past, albo może polecacie inne czyszczące pasty z Lush?

--
Pozdrawiam i do następnego razu! :)

Karolina

sobota, 4 stycznia 2014

Gdzie były służby społeczne? Czyli...


... edukacja muzyczna młodego. :)


Trent Reznor jak dobre wino, yum!

Małemu człowieczkowi, który jeszcze go za bardzo nie przypomina ludzkiej istoty, a raczej coś w rodzaju jaszczura, w 7 tygodniu rosną uszy, ale za to nic nie słyszy, bo aparat słuchowy wytwarza się później - w 14 tygodniu. Dźwięki zaś dochodzą do niego dopiero ok. 5 miesiąca, choć wcześniej wyczuwa drgania receptorami w skórze.

Wobec powyższego postanowiliśmy ok. 6 miesiąca puszczać młodemu muzykę bezpośrednio, bo nie jesteśmy pewni, czy słyszy coś z mojej jazdy samochodem, albo z domowego Hi-Fi. Bezpośrednio, znaczy ja się kładę jak na kozetce w pokoju, który nazywam studio lubego (nagromadzenie sprzętu muzycznego na metr kwadratowy całkiem spore), a on przykłada mi do brzucha wielkie słuchawy. I o ile wybory przyszłego ojca są dość łagodne i np. wybrał mu ten kawałek Porcupine Tree (który nota bene uwielbiam)


albo ten rozkosznie kołyszący "Children of the Sun" Dead Can Dance, szczególnie odkąd wiemy jak damy mu na imię (które oznacza "miłujący dobro", a ten utwór jest właśnie takim hymnem ku czci dobra i oświecenia). 


Oboje jesteśmy wielbicielami muzyki klasycznej, a i wiedząc o tym, że dzieciak w łonie matki lubi rytmiczne żywe utwory postawiliśmy też na Vivaldiego, ale mój wybór (luby nie jest fanem) padł również na kawałek Nine Inch Nails. No co? Rytmiczne? Rytmiczne. Żywe? Żywe. Dobrze, że nikt nie słyszy co puszczam dzieciakowi. Ba! Dobrze, że on sam nie rozumie słów. Sąsiedzi by zrozumieli i mogliby zadzwonić po pracowników służb społecznych i policję, aby dziecko odebrano matce - dla jego dobra, rzecz jasna. ;)

Teledysku raczej nie będę mu szybko puszczać. Sama miałam 13 lat, jak go zobaczyłam po raz pierwszy i do dziś nie wiem, czy nie zaliczyłam jakiegoś uszczerbku na psychice. ;) (i tak drogie dzieci - w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku MTV puszczała muzykę i takie teledyski! ;P )



Dla mnie do dziś "The Downward Spiral" to najlepszy album Nine Inch Nails. Prymitywny, zwierzęcy, emocjonalny.

--
Pozdrawiam i do następnego razu! :)

Karolina

czwartek, 2 stycznia 2014

Lush. Kilka słów o marce i produktach do kąpieli.

Przede wszystkim: 

życzę Wam szczęśliwego roku 2014 ! :)

I zapraszam na pierwszy wpis w nowym roku - kosmetyczny (i oby w tym roku szło mi dobrze z wpisami na blogach ;) )

***

Do niedawna byłam Lushową dziewicą. Owszem - słyszałam, znałam pewne kosmetyki z licznych recenzji, ale jakoś nie udało mi się nigdy dotrzeć do sklepu stacjonarnego tej firmy. W końcu na początku grudnia złożyłam dość duże zamówienie w ich sklepie internetowym, z myślą o prezentach dla pań, ale także o mnie - w ostatnich tygodniach pokochałam kąpiele. Jak nigdy nie byłam specjalną fanką, po 10 minutach czułam się poirytowana, znudzona i w ogóle woda już nie była tak ciepła jakbym chciała (ha, ha!), to ostatnio mogę leżeć w wannie 30-40 minut i czerpać z tego przyjemność. Od kąpieli wymagam, aby ładnie pachniała, a najlepiej jeszcze, aby była piana, a skóra po kąpieli nawilżona. Dodatkowe efekty np. relaksujące działanie olejków naturalnych oczywiście też wskazane. 

Do sklepów Lush dotarłam w okresie wyprzedaży świątecznych w Newcastle i York. Dokupiłam więcej kostek do kąpieli, a także pastę do czyszczenia twarzy i ciała. Moja Mami też kupiła pastę i miałam okazję ją wypróbować, stąd w następnym wpisie wyrażę moją opinię o obu.

Kilka słów o samej firmie. Przyznam szczerze, że budzi we mnie mieszane uczucia. Idea jest taka - świeże, ręcznie robione kosmetyki. Ich trwałość jest krótka, mogą tracić na właściwościach z upływem czasu, bo nie mają konserwantów - dla mnie to akurat jest plus. Składniki kosmetyków nie są testowane na zwierzętach i są wegańskie. Tyle dobrych rzeczy. Wspomnieć muszę, że skład nie jest zawsze supernaturalny i może być przyczyną, dla której wiele osób nie polubi się z Lush. Wiele kosmetyków myjących napakowanych jest SLS-ami. Niektórych one mogą podrażniać i wysuszać, ja miałam kilka kostek do kąpieli i nic takiego się nie stało, choć żele innych firm, w których te składniki występują, potrafią mi wysuszyć skórę. Podejrzewam, że w produktach do kąpieli, które miałam, obecność SLS-ów zrównoważona jest olejkami. Produkty te są oznaczone jako naturalne - to może być mylące dla konsumentów, bo o ile kosmetyki organiczne muszą mieć certyfikaty itp, to kosmetyki określane jako naturalne nie podlegają tego typu kontrolom. Aby oddać sprawiedliwość Lushowi - nie reklamują się jako organiczni, trzeba o tym pamiętać.

Lush nie zadowolił mnie jako klientki z powodu ich marketingu. Wiele, wiele brytyjskich firm daje kody zniżkowe na pierwsze zakupy, aby zachęcić nowych klientów. Albo darmową wysyłkę. Albo darmową wysyłkę dla zamówień powyżej jakiejś kwoty (to zależy od sklepu, ale wiele oferuje darmową wysyłkę już od zakupów za £15, moje zamówienie było niemal 4 krotnie droższe!). Zapłaciłam więc za dostawę, kosmetyki przyszły w ogromnym pudle o wielkości niewspółmiernej do zawartości (jakbym wykupiła pół sklepu) - jak na firmę troszczącą się o środowisko, to dziwne. Nie dostałam ani jednej próbki. Podczas zakupów w sklepie stacjonarnym też nie dostałam żadnych próbek. Za to sklep oferuje świeżą maskę do twarzy za zwrócenie 5 czarnych opakowań po ich produktach - dotyczy tylko sklepów stacjonarnych. Wyprzedaże, które zaczęły się w drugi dzień świąt (Boxing Day) nie były też specjalnie atrakcyjne - przecenione o 50% były tylko zestawy świąteczne. Gdyby oferta dotyczyłaby całego asortymentu, to pewnie moje zakupy byłyby większe - gotowe zestawy mnie nie interesowały, ale widziałam, że cieszą się popularnością wśród innych klientek. 

moje kostki do kąpieli minus cztery sztuki, które zużyłam

Na chwilę obecną przetestowałam cztery różne kostki do kąpieli (trzy to były bubble bars, jedna luxury bath melt o czym niżej) i bubble bars pieniły się niesamowicie, do tego stopnia, że po pierwszej kąpieli postanowiłam te większe dzielić na pół i okazało się, że z połowy porcji też wychodzi całkiem miła kąpiel. Te barwiły wodę dość intensywnie, pachniały takoż, a po kąpieli miałam wrażenie, że na skórze został przyjemny film. Niestety zapach jednego (z tego zamówienia on-line, nie miałam okazji powąchać przed kupnem) był dla mnie zbyt drażniący (podobny do proszku do prania). Zresztą jak w końcu dotarłam do sklepów stacjonarnych, to w obu zapach kosmetyków był tak intensywny i podobny do detergentów, a nie naturalnych składników, że ciężko w nim wytrzymać dłużej niż kilka minut.

Do wypróbowania mam jeszcze kilka kostek, w tym kupione w sklepach, gdzie miałam okazję powąchać je, a także inne produkty do kąpieli. Są różne ich rodzaje: bubble bars (te pienią się mocno!), bath bombs (musujące; nie przepadam), luxury bath melts (najbardziej napakowane olejkami i moje ulubione mimo, że nie robią dużej piany). Zapach tych kosmetyków utrzymuje się w łazience długo po kąpieli, więc jeśli tylko traficie na swój zapach, to świetnie, gorzej, jeśli kupicie coś, czego zapach Wam do końca nie odpowiada. 

Na koniec o cenach. Niestety wg mnie za skład, który dostajemy (jednak używają syntetyków, choć zapewniają, że bezpiecznych dla skóry) cena jest zbyt wygórowana. Fakt, że w przypadku past do czyszczenia twarzy (o których za parę dni) mogę powiedzieć, że cena mimo, że wysoka, to wydajność kosmetyku jest zadowalająca, ale w przypadku produktów do kąpieli naprawdę zastanawiam się, czy cena £3.00-4.50 za kąpiel nie jest wygórowana biorąc pod uwagę, że kostki nie mają 100% naturalnego, organicznego składu. Dla mnie to chyba będą kosmetyki używane okazyjnie, gdy będę chciała sprawić sobie małą przyjemność. Będę też bardzo wybiórcza - chyba najbardziej pasują mi luxury bath melts, które są najdroższe.

Za parę dni napiszę o pastach do czyszczenia ciała i twarzy - Angels on Bare Skin oraz Let the Good Times Roll. Będzie bardziej optymistycznie - obie pasty mają zacny skład i przyjemne działanie.

Napiszcie mi proszę, czy używacie tych kosmetyków i jakie są Wasze ulubione. Wiem, że wielkim powodzeniem cieszą się ich szampony w kostce, ja ich nie próbowałam.

--
Pozdrawiam i do następnego razu! :)

Karolina