środa, 30 lipca 2014

Mama bez wymówek (No Excuse Mom). Przegląd tygodnia #1. Menu.

Czyli co jadłam i piłam w ostatnim tygodniu. Regularne jedzenie, większa ilość i zróżnicowanie posiłków spowodowały, że miałam więcej energii, a lepiej zaplanowane posiłki (i reszta dnia) dały mi też więcej okazji i siły do aktywności fizycznej.

Gdyby się Wam coś konkretnego podobało, to dajcie znać - postaram się wrzucić przepis na blog kulinarny, choć z wieloma rzeczami improwizowałam i nie pamiętam proporcji - ale damy radę, prawda? :) 

Poza tym co na zdjęciach w ciągu dnia wypijam 1-2 herbaty (czerwoną i ziołowo - owocową) oraz ok. 1.2l wody, sporadycznie kawę.  

Na końcu wpisu zaznaczę, jeśli jakieś produkty były kupione, a nie domowej roboty. 

Poniedziałek


- pinta ciepłej wody z sokiem z cytryny,
- sok (szpinak, ananas, marchewka, pomarańcza, kiwi) oraz nektarynka,
- 1.5 jajka na twardo faszerowanego tuńczykiem, kilka plastrów pomidora, kilka liści sałaty, 3 rzodkiewki, tostowana pełnoziarnista pitta z serkiem kremowym i rzeżuchą,
- zupa z pieczonych pomidorów, 2 cienkie wafle kukurydziane,
- sałatka z liści sałaty, selera naciowego, pomidora, ogórka, rzeżuchy z dressingiem z musztardą angielską oraz 3 falafelami
- 170g jogurtu greckiego, garść świeżych truskawek, garść naturalnych pistacji (bez soli, nieprażonych), pół łyżeczki miodu 
- 2 wafle kukurydziane z hummusem, pomidorem i 1 kabanos


Wtorek 



- duża szklanka ciepłej wody z sokiem z cytryny,
- sok (szpinak, ananas, marchewka, pomarańcza, kiwi),
- musli (ok. 70g) z mlekiem migdałowym i garścią świeżych truskawek, 
- 1.5 jajka na twardo faszerowanego tuńczykiem, 3 rzodkiewki, kilka kęsów ogórka, 3 wafle kukurydziane z hummusem i sałatą,
- tostowana pełnoziarnista pita z hummusem i rukolą, 4 oliwki nadziewane suszonymi pomidorami, pół żółtej papryki
- 2 wafle ryżowe z naturalnym masłem orzechowym (bez soli i cukru) 
- pieczony słodki ziemniak (z odrobiną oliwy, wędzonej papryki, pieprzu, soli), tzatziki na liściu sałaty i szaszłyki z piersi kurczaka marynowanej w paście tikka masala i papryki, 
- koktajl z mleka migdałowego, garści borówek, daktyla i łyżki masła orzechowego 

Wypiłam też dużą latte w kawiarni - umówiłam się z koleżanką w mieście, ale odmówiłam ciastka! :)

Środa 




- szklanka ciepłej wody z cytryną,
- szklanka zielonego soku (szpinak, ananas, pomarańcza, kiwi),
- 3 wafle ryżowe z posiekaną połową awokado, połową jajka na twardo i tuńczykiem oraz rukola, 3 rzodkiewki, 3 pomidorki koktajlowe, pół świeżej papryki,
- wafel ryżowy z masłem orzechowym,
- sałatka: rukola + 60g razowego makaronu (waga po ugotowaniu) + nieco oliwy i octu balsamicznego + połowa awokado + kilka oliwek i pomidorków + jeden szaszłyk z wczorajszego obiadu (kurczak z paprykami),
- tostowana razowa pita, kolorowe papryki, dip z bobu, mięty i jogurtu,
- zupa z dyni piżmowej z kuminem i kolendrą + kilka grzanek z chleba na zakwasie, oliwy i pieprzu kajeńskiego,
- koktajl - kilka mrożonych kostek mango, pół banana i szklanka mleka migdałowego. Posypany cynamonem.

Czwartek 



  

- szklanka ciepłej wody z cytryną,
- szklanka zielonego soku (szpinak, ananas, pomarańcza, kiwi),
- kopiasta serka serka wiejskiego, 1 tostowana razowa pita (połówka z dipem z bobu, połówka z serkiem kremowym), 3 rzodkiewki, 4 kawałki ogórka, 3 pomidorki koktajlowe, kilka liści sałaty, 
- 2 wafle ryżowe z naturalnym masłem orzechowym i połową banana 
- pieczony słodki ziemniak i 3 łyżki fasolki w sosie pomidorowym,
- zupa krem z dyni piżmowej z kilkoma grzankami z pieprzem kajeńskim, 
- 100g makaronu razowego (zważony po ugotowaniu), duża garść rukoli, kilka pomidorków koktajlowych, kilka oliwek nadziewanych suszonymi pomidorami oraz kawałek łososia pieczonego ze słodkim sosem chilli + limonka + lekki dressing musztardowy 
- koktajl ze szklanki mleka migdałowego, 2 daktyli i garści mieszanki owoców letnich - jeżyn, malin czarnych i czerwonych porzeczek. 


Piątek




- szklanka ciepłej wody z cytryną,
- szklanka zielonego soku (szpinak, ananas, pomarańcza, kiwi, marchewka),
- 1 razowa tostowana pitta z serkiem kremowym, pół awokado, 1 jajko na twardo, 3 rzodkiewki, 3 pomidorki koktajlowe, nieco sałaty, 
- placuszki z serka wiejskiego i otrębów z jogurtem greckim, pół łyżeczki miodu i owocami letnimi i miętą, 
- 2 wafle ryżowe z posiekaną połówką jajka na twardo i ćwiartką awokado posypane rzeżuchą, 
- kubek czerwonej herbaty i batonik raw (surowy)
- stek rib -eye (ok. 125g) z pieprzem syczuańskim oraz warzywa stir fry - brokuły, papryki, dymki, cukinia z czosnkiem, chilli, imbirem i sosem sojowym, 
- szczodry plaster zimnego arbuza. 

Sobota





- szklanka ciepłej wody z cytryną,
- szklanka zielonego soku (szpinak, ananas, pomarańcza, kiwi, marchewka),
- 1 razowa tostowana pitta z serkiem kremowym i łososiem, 3 rzodkiewki, 3 pomidorki koktajlowe, nieco sałaty, kilka plastrów ogórka,
- placuszki z serka wiejskiego i otrębów z jogurtem greckim, pół łyżeczki miodu, brzoskwinią i miętą, 
- 2 kromki chleba na zakwasie z ziarnami z posiekaną połówką jajka na twardo i ćwiartką awokado posypane rzeżuchą, 
- miseczka zupy kremu z buraków i pomidorów z jogurtem greckim wymieszanym z chrzanem + 4 kotleciki z twarogu i kaszy gryczanej w otrębach owsianych,
- czerwona herbata i batonik raw (surowy)- szczodry plaster arbuza 

 Niedziela
 


- szklanka ciepłej wody z cytryną,
- szklanka zielonego soku (szpinak, ananas, pomarańcza, kiwi)
- 3 kromki chleba na zakwasie z ziarnami z serkiem kremowym i wędzonym łososiem, 2 jajka w koszulkach, kilka plastrów ogórka, pomidora, kilka liści sałaty, 3 rzodkiewki, - mała kawa z mlekiem migdałowym i batonik raw (surowy)
- miska zupy kremu z buraków i pomidorów z jogurtem greckim wymieszanym z chrzanem + 4 kotleciki z twarogu i kaszy gryczanej w otrębach owsianych,
- ok. 180g ugotowanej polenty, pierś kurczaka marynowana w cytrynie i koprze włoskim upieczona + pieczone cukinie, pomidorki i papryki + pół łyżeczki startego parmezanu   
- 2 wafle ryżowe z 2 rodzajami hummusu (z pieczonymi paprykami i czarnymi oliwkami), 2 nadziewane oliwki, 2 pomidorki koktajlowe, 
- plaster arbuza + pół płaskiej brzoskwini + kilka listków mięty. 


W tym tygodniu KUPNE produkty, które można zrobić samemu w domu - hummus, falafele, pity,  masło orzechowe, mleko migdałowe, musli (mam teraz Dorset Cereals - bardzo dobry skład!), pasta tikka masala, batoniki Nakd, fasolka śniadaniowa (Heinz organiczna, zwykła ma syrop glukozowy!) -
poza tym wszystkie inne typu bulion na zupę, dressing, chleb z ziarnami etc. domowej roboty. 

Mam nadzieję, że zainspiruję jakieś mamy do tego, aby zadbały o swoje potrzeby. Jak wspomniałam w poprzednim wpisie - te małe zmiany spowodowały, że moje samopoczucie poprawiło się diametralnie. W kolejnym wpisie będzie o aktywności fizycznej.

--
Pozdrawiam i do następnego razu! :)

Karolina 

sobota, 26 lipca 2014

Fit Mama bez wymówek


Maria Kang - Amerykanka, mama trzech chłopców, wyleczona bulimiczka, szefowa dwóch domów spokojnej starości i autorka tekstów o fitness. Kobieta ze zdjęcia, które wywołało burzę, oskarżona o dyskryminację osób otyłych, rozpowszechnianie nierealnych wymagań i wywieranie presji na kobietach. Podziwiam ją za determinację i osiąganie celów, o których wiele kobiet tylko marzy nie ruszając pupy z kanapy. Nie podoba mi się, jak wdaje się w pyskówki na swojej stronie na fb z osobami, które ją krytykują. Po co o niej piszę?







Otóż postanowiłam, że nie będę mieć wymówek. Od miesiąca moja waga stoi, sylwetka się nie zmienia, a w szafie leży ulubiona para jeansów, do której nadal nie wchodzę. Mogę narzekać, mogę się dołować, wymyślać powody, aby nie ćwiczyć bardziej intensywnie, łapać w biegu kolejną kanapkę. Zawsze mogę zwalić to na absorbujące dziecko. 

Dotarło do mnie, że czas na większe zmiany, bo wprowadzenie tych delikatnych, o których pisałam w TYM wpisie nie daje rezultatów, a ja się po prostu frustruję. Dotarło do mnie (wreszcie!), że mój syn i jego potrzeby są ważne, ale ja też muszę zadbać o siebie, a nie łapać byle czego do jedzenia, bo kiszki marsza grają, a on jest wymagający i absorbujący. Dotarło do mnie, że mimo zmęczenia, bo w nocy dał mi popalić, nie powinnam przeleżeć pół dnia w łóżku regenerując się, a zabrać tyłek na 25 minut na rower i zrobić intensywny trening, wziąć letni prysznic i czuć się jak nowo narodzona. W moim przypadku godzinny trening dwa razy w tygodniu to jest za mało, moje ciało wymaga większej presji. Niestety moje dwie instruktorki Zumby zrobiły sobie 7 tygodniową przerwę wakacyjną. Więc muszę sama zadbać o zorganizowanie sobie tych treningów w domu, obok innych.

Organizuję więc mały plac zabaw na podłodze dla Młodego, albo wsadzam go do siedziska i stawiam obok roweru. Ćwiczę zagadując go - jest w stanie wytrzymać 25-55 minut, to mi wystarczy na intensywny trening. Codziennie wychodzimy też na spacer (okolica pagórkowata!) - 40-60 minut marszu - to dobre dla niego i dla mnie. Wykrzesałam czas, aby lepiej komponować posiłki. Zrezygnowałam z ambicji jedzenia tylko domowych dań - kupiłam hummus i falafelki w lokalnych deli i żyję. Jem co 2-3 godziny, ale mniejsze porcje, lepiej przemyślane. Planuję dni, a plan wdrażam w życie. 

Dziś jest dzień szósty realizowania mojego postanowienia, a ja nie czułam się ze sobą lepiej od dawien dawna. I nie, nie chcę mieć sześciopaku na brzuchu. Nie jestem obsesyjną perfekcjonistką. Chcę być po prostu zdrową, wysportowaną kobietą, mamą, która czuje się dobrze ze sobą i nie ma wymówek. 

Myślę, że raz w tygodniu zrobię aktualizację mojego menu i aktywności fizycznej. Może zainspiruję którąś z Was.  :)

#mamabezwymówek
#noexcusemom 

--
Pozdrawiam i do następnego razu! :)

Karolina


czwartek, 24 lipca 2014

Piękna Wielka Brytania. Kornwalia.


Zrobiliśmy z Młodym (3.5 miesiąca) ponad 2 tysiące kilometrów. Naprawdę dobrze to zniósł, w kryzysowych sytuacjach w samochodzie z tyłu hipnotyzowała go Babcia. Był na klifach, był na plaży, moczył nogi w oceanie, zwiedzał ruiny zamku i teatr, zaliczył karmienie różnych miejscach np. w lesie tropikalnym, bujał się na łódce. Świrował ze dwa razy, jak jedliśmy w knajpie - najpewniej ze zmęczenia, bo to było wieczorami. Pierwsze wakacje rodzinne za nami. Oby każde następne były tak bezproblemowe.

Załączam dowód na to, że można mieć śródziemnomorski klimat na wakacjach nie ruszając się poza Wielką Brytanię. W Kornwalii byliśmy drugi raz, wrócimy i trzeci raz za parę sezonów. W Hayle woda była ciepła, w Porthcurno weszłam tylko do kolan, ale luby pływał. Zresztą było więcej miłośników tak rześkiej wody. ;) To dla mnie w zasadzie jedyna wada spędzania wakacji na brytyjskim wybrzeżu.

 

O Kornwalii pisałam Wam dwa lata temu w TYM wpisie, a także  TUTAJ z perspektywy kulinarnej. Nadal uważam, że najlepsza ryba z frytkami na wynos jest u Ricka Steina w Padstow. :) Zapraszam do lektury i zachęcam do zwiedzania wysp. 

--
Pozdrawiam i do następnego razu! )

Karolina

niedziela, 20 lipca 2014

Wyżywienie w brytyjskim szpitalu

Wpis raz na dwa miesiące? Niezły wynik... Ten wpis zaczęłam po wyjściu ze szpitala, kiedy wydawało mi się, że nasz mały członek rodziny mało śpi, jak na noworodka. Z czasem pokazał, że snu trzeba mu jeszcze mniej, mimo, że cały dzień dokazuje, jest żywy, ciekawski, śmiejący się. Z czego on bierze tę energię? Nie piszcie mi, że z mojego mleka... ;) 

Teraz właśnie siedzi i skarży się swoim zabawkom, a może opowiada im o spacerze. Mniejsza o to. Ważne jest to, że siedzi tam i zajmuje się sobą, a ja wstawiłam obiad i mam chwilę dla siebie. 

Mimo, że nie mam ładnej dokumentacji fotograficznej (aparat w telefonie i fatalne światło nie pomagają), to postanowiłam napisać o wyżywieniu szpitalnym z kilku powodów. W kontekście tego, czym karmią w szpitalach polskich (generalnie, choć pewnie są wyjątki), to sprawa wygląda tragicznie - tragicznie w Polsce, rzecz jasna. W kontekście tego, jakie panuje przekonanie w Polsce na temat diety matki karmiącej piersią, to menu z oddziału położniczego na którym przebywałam dla niektórych może wyglądać szokująco. Ja się uśmiałam szczerze widząc curry w menu. 





Nie mam wielkiej skali porównawczej, choć jakąś mam - leżałam w 2013 roku na oddziale położniczym w Szpitalu Wojewódzkim w Tychach.  Śniadania mi nie wolno było jeść, ale chleb z margaryną i serdel nie wzbudziły we mnie tęsknoty za posiłkiem, a dziewczyny z sali wyciągnęły swoje serki wiejskie. Obiad był lepszy niż myślałam, ale nastawiłam się na kulinarne koszmarki, a i nie jadłam od 24 godzin, więc byłam głodna jak wilk. Często zaglądam na profil facebookowy poświęcony posiłkom w polskich szpitalach i włos mi się jeży (dla ludzi o mocnych nerwach profil TUTAJ).

Natomiast jedzenie i obsługa w szpitalu w Northallerton, gdzie przebywałam po porodzie spowodowały, że miałam ochotę wysłać każdego Anglika narzekającego na NHS na pobyt w placówce zarządzanej przez NFZ, aby nabrał odpowiedniej perspektywy. Nie dość, że do wyboru miałam kilka dań z menu, to powiedziano mi jeszcze, że gdyby nie było nic, co lubię, to zawsze mogą przygotować mi kanapki! 


W ciągu dnia mniej więcej co 3 godziny po sali przechodziła pani i pytała, czy nie uzupełnić nam dzbanków z wodą, które stały przy każdym łóżku, ale także czy nie mamy ochoty na coś ciepłego do picia. Do herbaty podawano herbatniki.  W nocy położna, która przychodziła sprawdzić młodego i mnie też pytała, czy nie mam ochoty na herbatę, gdy nie spałam. 

Aby oddać sprawiedliwość - jedzenie nie było najwyższych lotów, podejrzewam, że część podgrzewana w mikrofali, pieczywo było watowate, ale do wyboru było masło i smarowidło pewnej popularnej firmy, cztery rodzaje płatków śniadaniowych, dwa rodzaje tostów, a gdy zapytałam, czy mają inne mleko niż krowie, to pani odpowiedziała, że nie ma, ale jutro rano będzie - następnego dnia zaproponowano mi mleko sojowe, choć nawet o to nie prosiłam. Na śniadanie były płatki i mleko, tosty, masło, dżem i marmolada. Na lunch i obiad/kolację do wyboru były z reguły 2 dania/czy też składniki, z których skomponowane było danie (np. do wyboru frytki zamiast ziemniacznego pure)  i 4-5 deserów - każde było oznaczone, czy bezglutenowe, wegetariańskie, ekstra odżywcze. Jeśli ktoś nie miał ochoty na to co oferowało menu, to mógł wybrać spośród trzech rodzajów kanapek. 

Do obiadu gdy np. poprosiłam o świeże warzywa do zapiekanki z ziemniaków, to dostałam kupę świeżych warzyw i sałaty na talerzu. Do każdego posiłku podany był sok owocowy, serwetki, obsługa była przemiła i otwarta na potrzeby pacjentek. Można? Można. 

A jakie Wy macie doświadczenia z wyżywieniem i obsługą w szpitalach? Ciekawa jestem jak to wygląda w innych krajach. 

--
Pozdrawiam i do następnego razu! :)

Karolina

piątek, 9 maja 2014

Kapsułki z łożyska


Zdecydowałam się w  końcu i zamówiłam doulę, aby przyjechała do szpitala po moje łożysko. Cztery dni po porodzie miałam do dyspozycji słoiczek z 181 kapsułkami. Poprosiłam o opcję "surową" - łożysko nie jest gotowane, ale suszone w niskiej temperaturze i potem mielone, a proszek zamykany w kapsułki. Tak przygotowane łożysko nie traci swoich właściwości, ale też nie można przechowywać go przez lata w zamrażarce, jak w przypadku kapsułek z łożyska poddanego obróbce cieplnej.

Moje kapsułki były przygotowane tylko i wyłącznie z mojego łożyska. To ważna informacja, bo wiem, że np. w USA miesza się proszek z łożyska z ziołami i kobiety różnie na to reagują. Zioła mogą być uczulające, więc dla mnie to nie byłaby dogodna opcja, zresztą prawdą jest, że niektórym kobietom nie służą nawet te kapsułki z czystym łożyskiem. Nie ma tu zasady one size fits all (jeden rozmiar pasuje wszystkim).




Kapsułki należy przechowywać w lodówce i wtedy spożyć w ciągu 6 miesięcy, albo zamrażarce przez 1 rok. Spożywać między 1-6 kapsułek dziennie, w zależności od zapotrzebowania. Ja zażywałam 6 kapsułek tylko w dniach, gdy zauważałam, że produkcja mleka nie nadąża za wymaganiami naszego syna i zauważyłam poprawę w ilości produkowanego pokarmu. W przeciwnym razie brałam 3 dziennie, ale bywały dni, że zapominałam o nich.

Średnio z łożyska można uzyskać między 100 a 200 kapsułek. Ja miałam ich 181, czyli przy regularnym zażywaniu zapas na ok. 4-8 tygodni. 4 tygodnie, to okres, w którym praktycznie zupełnie zregenerowałam się po trudnym doświadczeniu naturalnego porodu bez środków znieczulających. Czy za sprawą kapsułek? Tego nie wiem, pisałam Wam, że traktuję całą sprawę jak totalny eksperyment, nie mam porównania do okresu połogu bez kapsułek, bo to moje pierwsze tego typu doświadczenie. Być może to efekt placebo. 

Pewne jest, że poziom żelaza wrócił mi do normy. Pewne jest, że poza tym, że płakałam kilka razy ze zmęczenia (pierwsze 5 dni po porodzie to był dla mnie dramat w sensie fizycznym - trzęsłam się cała po przejściu 20 metrów, albo staniu 15 minut w kuchni, a całe życie byłam osobą sprawną i wytrzymałą), to nie doświadczyłam baby blues, czyli spadku samopoczucia psychicznego, które może prowadzić do depresji poporodowej. Dodatkowo położne były w szoku, jak szybko obkurcza mi się macica. Po paru dniach po porodzie macicę miałam już regularnych rozmiarów, a i fałda brzucha się zmniejszyła rewelacyjnie, pozostałam jedynie z oponką tłuszczu do zrzucenia, ale tu pomoże tylko fitness. ;)




Kapsułki przechodzą przez gardło, tak jak każde inne tabletki. Mają specyficzny, mięsny zapach, ale słabo go czuć podczas zażywania, jedynie, gdy zapuści się nos w opakowanie. 

Moim łożyskiem zajęła się Ruth Willis - osoba bardzo ciepła, pomocna i otwarta na potrzeby klientek. Polecam jej serwis, gdyby ktoś z północnej Anglii potrzebował usług douli.

To chyba na tyle. Jeśli macie pytania, to chętnie odpowiem.

--
Pozdrawiam i do następnego razu!

Karolina

piątek, 2 maja 2014

Powrót do formy po ciąży. Publiczna deklaracja, o!

Czas na publiczną deklarację, abym czuła większą presję. :P

W ciąży przytyłam 16kg. Dobre wieści są takie, że nie dorobiłam się ani pół rozstępu (juhu!), a rozciągnięta na brzuchu skóra wróciła na swoje miejsce, tyle, że została mi mała opona tłuszczu. W 6 tygodni po porodzie zeszło mi już 8kg, nie ćwiczyłam, spacerowałam nieco z wózkiem i tyle. Nie ograniczałam jedzenia, bo karmię piersią i to byłoby nierozsądne, a i jestem głodna co 2-3 godziny. Ale fakty są takie, że od 2 tygodni waga stoi jak zaklęta, a mój apetyt nie słabnie. Od poniedziałku wracam na Zumbę dwa razy w tygodniu, a w wakacje lub wczesną jesienią chcę zrobić uprawnienia instruktorskie. :) I muszę się pilnować z cukrem, bo z tego zmęczenia i nieregularnego jedzenia (nie mam stałych pór przy młodym - kolejne postanowienie - zorganizować się lepiej, abym jadła regularnie) sięgam po słodycze, aby mieć szybki strzał energii.

Plan taki - mniej słodyczy, więcej ruchu. W miarę możliwości szybkie i intensywne treningi ze sztangą w domu. Do zrzucenia 8kg, no może 10kg jak się uda. Nie będę się ślepo trzymać wagi, bo mięśnie ważą więcej niż tłuszcz i jeśli uda mi się osiągnąć zadowalającą sylwetkę, to waga nie będzie mieć aż takiego znaczenia.



Termin: 5 lipca, bo wtedy jedziemy na tydzień do Kornwalii, a ja nie chce inwestować w nowe Levisy czy w ogóle inne części garderoby, którą i tak musiałam uzupełnić przez karmienie piersią (o czym mam nadzieje za parę dni). W związku z powiększeniem się biustu do miseczki G/GG (true story!) musiałam także zainwestować w nowy porządny biustonosz do ćwiczeń. Wybór był dość oczywisty: Shock Absorber, który daje niezłe wsparcie w przeciwieństwie do wielu pseudo sportowych biustonoszy na rynku.
 
Tak więc ruszam tyłek i mam nadzieję zobaczyć efekty za parę tygodni. 



A Wy macie podobne postanowienia przed latem/urlopem/po ciąży? :) Czy może zjecie każdego, kto skomentuje Waszą figurę? ;)

--
 Pozdrawiam i do następnego razu! :)

Karolina



poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Karmienie piersią. Co ze wsparciem? Brytyjskie realia.


O ja głupia! Do niedawna wydawało mi się, że karmienie piersią jest bardzo instynktowne, a dziecko po porodzie chwyci pierś i będzie po prostu ssało. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Oczywistym jest, że przede wszystkim potrzebna jest determinacja matki, szczególnie jeśli pojawiają się problemy. Jej nastawienie, spokój, motywacja mają kolosalne znaczenie. Ale czy tylko?


http://ihearttopfreedom.blogspot.co.uk/2012/07/breastfeeding-symbol.html
http://ihearttopfreedom.blogspot.co.uk/2012/07/breastfeeding-symbol.html



Luboś w około godzinę po porodzie nie był zupełnie zainteresowany jedzeniem. Położne mówiły, że może być zmęczony porodem, że trzeba mu dać jeszcze chwilę. Dodatkowo wypluwał duże ilości mazi z żołądka, którą miał tam z życia płodowego. Tłumaczyłam więc to sobie, że on po prostu nie jest głodny, bo coś zalega mu w żołądku i byłam spokojna. Poleżał sobie ponad 3 godziny po porodzie na mojej gołej skórze i potem położne uznały, że trzeba próbować go przystawiać, bo wypadałoby, aby zjadł. Wiedziałam, że colostrum ma wielkie znaczenie dla młodego, dla jego odporności i rozwoju, więc zaczęłam się martwić, gdy on nie bardzo wiedział, co z moją piersią zrobić. Co więcej, gdy pojawiła się wizja odciągnięcia pokarmu ręcznie, aby podać mu go pipetą, to ja też nie wiedziałam, co z moją własną piersią zrobić. Gdy pojawiają się problemy z karmieniem, to dla matki zaczyna się prawdziwa próba. To czy wyjdzie z niej wygrana zależy od niej samej, ale to czy będzie miała odpowiednie wsparcie personelu szpitala wydaje mi się jeszcze ważniejsze. Gdybym trafiła na ludzi, którzy mają w dupie, czy będę karmić piersią, którzy nie okazaliby mi wsparcia, psychicznego i fizycznego, nie dali porady, dawki dobrego humoru, to pewnie z łzami w oczach podałabym synowi butelkę. Wsparcie partnera też jest niesamowicie ważne i tu nie mam nawet się co rozpisywać - luby stanął na wysokości zadania - pierwsze moje samodzielne karmienie (bez położnych) udało się dzięki temu, że własnoręcznie dostawił młodego do mojej piersi. Skupię się jednak na personelu szpitala. 

W szpitalu, w którym rodziłam (Friarage w Northallerton) każda położna, z którą miałam do czynienia (a miałam do czynienia z co najmniej sześcioma różnymi) była dla mnie ogromnym wsparciem fizycznym i psychologicznym, gdy pojawiły się problemy z karmieniem. Przystawianie młodego do piersi, próbowanie różnych pozycji, ale przede wszystkim rozmowy, które uświadomiły mi, że to nie jest ani moja, ani jego wina, że nam nie wychodzi i nie powinnam się obwiniać i czuć się źle ze sobą, to był krok milowy w moim doświadczeniu karmienia piersią. Jedna z nich powiedziała, że młody ma pamięć złotej rybki - to że raz go nakarmiłam, to nie znaczy, że następnym razem będzie pamiętał i wiedział co robić i że problemy mogą się pojawić, ale że oboje nauczymy się siebie i odniesiemy sukces. Na sali poporodowej usłyszałam od położnych w ramach poprawienia humoru, że mam świetny sprzęt do karmienia ("Karolina, you have the most perfect equipment!" :D). Nikt na żadnym etapie nie dał mi odczuć, że nie nadaję się do karmienia piersią, że nie dam rady. Ogromne wsparcie dał mi też pediatra, który przyszedł obejrzeć synka, a zauważył łzy w moich oczach, gdy spytał, jak idzie karmienie. W karmieniu nie pomagało także za krótkie wędzidełko podjęzykowe Lubomira. Pediatra uznał, że można to podciąć, co robi w regionie jeden szpital i kolejka jest długa, więc może to nieco zająć. Ale można też poczekać kilka dni i zobaczyć, czy karmienie się nie ustabilizuje.

Położne z wielką empatią odciągały mi pokarm, aby nakarmić młodego w pierwszej dobie. W drugiej dobie nastąpił przełom i lepiej to poszło. Z bólem, czasem na skraju łez i po kilkuminutowych zapasach z młodym, ale zaczęłam go samodzielnie karmić. Zostałam wypuszczona do domu z masą ulotek i numerów telefonów, gdybym potrzebowała pomocy, informacji, czy wsparcia.

Dzień piąty - masakra. Mleko się zmieniało, piersi były bolące, krem z lanoliną na sutki był najlepszym przyjacielem, a młody zaczął świrować. Przystawienie go to były istne zapasy. Zanim udało się go przystawić ja byłam cała umęczona, on głodny i nerwowy, co też nie pomagało. Zadzwoniła położna (położne odwiedzały mnie po porodzie 5 razy w ciągu 14 dni po porodzie) z zapytaniem, jak się czuję. Odebrał luby, bo ja siłowałam się właśnie z młodym próbując go przystawić. Wspomnieliśmy możliwość pojechania po pompkę, aby odciągnąć pokarm i nakarmić go, bo ja fizycznie już nie wyrabiałam. Deborrah powiedziała - nic nie kupujcie! Za godzinę ktoś u Was będzie, bo ja nie mogę, jestem za daleko, ale wyślę kogoś. Tego dnia miałam więc ponad godzinną wizytę innej położnej, która pomogła mi go przystawić, znowu przedyskutowała różne opcje, dała mi ogromne wsparcie duchowe i powiedziała, że nie zostawi mnie, dopóki nie stwierdzę, że się wygadałam i wyczerpałyśmy wszystkie opcje pomocy. Wypełniła też wniosek o zabieg podcięcia wędzidełka podjęzykowego młodego, ale powiedziała, że w związku z tym, że on stracił na wadze tylko 70 gramów od urodzenia, to znaczy, że dostaje pokarm i nie będzie przyjęty poza kolejką (co oznaczałoby zabieg w ciągu 2 najbliższych dni). Informację o terminie mieliśmy dostać listem ze szpitala w Newcastle, gdzie rezyduje specjalista od korygowania tej wady. List dostaliśmy po ok. 3 dniach - termin zabiegu wyznaczono na 8 kwietnia!  Dodam tylko, że po zabiegu nastąpiła poprawa - młody ssał lepiej i szybciej się najadał.

Dzień 20 i kolejny kryzys - skok rozwojowy, zwiększenie zapotrzebowania na pokarm i moje ciało, które nie nadążało z produkcją. Głodne oczy młodego, który wisiał na piersi co 30-40 minut i wydawał się być ciągle rozdrażniony. Poradziłam sobie. Także dlatego, że miałam przy sobie Mami, która podała mi śniadanie, wycisnęła świeży sok owocowo - warzywny, rozwiesiła pranie. A ja siedziałam na łóżku i dostawiałam młodego, aby stymulować produkcję. W mniej niż 48 godzin kryzys zażegnany. Świadomość, że zawsze mogę zadzwonić do przychodni i ktoś ze mną będzie i mi pomoże bardzo pomogła.

Karmienie piersią choć było dla mnie naturalnym wyborem, nie przyszło łatwo. Walka o nie powiodła się dzięki temu, że się zawzięłam, ale też dlatego, że miałam wokół siebie wyspecjalizowany personel służby zdrowia, który ani przez minutę nie wywołał u mnie poczucia niższości, czy winy za to, że nie potrafię karmić, a wręcz pomógł mi pozbyć się tego typu myśli, które pojawiały się po porodzie. Dodatkowo miałam świadomość i byłam zapewniona, że jakikolwiek będzie mój wybór, to nikt nie będzie agitował czy oceniał mnie - mogłam w każdym momencie podać młodemu butelkę i jestem pewna, że nie naraziłoby mnie to na komentarze.

Życzyłabym sobie, aby każda kobieta, która napotyka na swojej drodze trudności w karmieniu, miała takie wsparcie ze strony systemu służby zdrowia jakie ja miałam, bo nastawienie psychiczne matki to jedno, ale to wsparcie otoczenia w pierwszych ciężkich dniach po porodzie ma niesamowite znaczenie. I choć NHS (brytyjska państwowa służba zdrowia) miewa głupie pomysły (np. płacenie otyłym za zrzucone kilogramy), to w tym przypadku system stanął na wysokości zadania. 

Jestem ciekawa jakie Wy miałyście doświadczenie w tej materii. Napiszcie proszę. 

--

Pozdrawiam i do następnego razu!

Karolina